Nie picie wina

Od pewnego czasu jestem na diecie. Mam dokładnie określone co mogę jeść, a co jest zabronione. Więcej, mam nawet powiedziane co którego dnia mam jeść. Gdy otrzymałem listę, zupełnie próżne okazały się moje wysiłki w poszukiwaniu hasła „do popicia kolacji – wysokiej jakości czerwone wino”. Woda, herbata a nawet czasem kawa – owszem. Ale wina… brak.

Smutna to dla mnie była wiadomość, ale postanowiłem być twardy. Pierwsze dwa tygodnie minęły bez nawet wypitej kropelki (w ustach miałem ale plułem…). Wyniki diety doskonałe, samopoczucie świetne więc gdzieś tam zaczęły się wkradać myśli o minimalnym złamaniu rygoru i wychyleniu, choć kieliszka pysznego czerwonego. Ale czy będzie smakować gdy w prawym uchu odezwą się wyrzuty sumienia? Czy cały mój wysiłek nie pójdzie na marne? Czy nagle nie urosnę o utracone kilka kilo? Jak możecie sobie wyobrazić zwyciężyła w tym rachunku siła prawdziwego uczucia. Jak w amerykańskim filmie. Chwytam butelkę Lacrima Cristi od Mastroberardino, kieliszek. Uwijam się jak w ukropie demontując wszystkie niepotrzebne w tym momencie elementy butelki włącznie z korkiem. Nalewa, chwytam, zanurzam nos, później usta, trzymam chwilę na podniebieniu, połykam. Ach cóż to był za smak. Czy to wino jest tak fantastyczne, czy to może ja tak spragniony? Myślę, że jedno i drugie. Wino świetne, ziołowo porzeczkowe w nosie. W ustach miękkie i soczyste z doskonałą kwasowością, nie przeszkadzającą ale też nie nazbyt małą jak zdarza się to nieraz na nieodległej przecież Sycylii. Ale kluczem do sukcesu była jednak chyba abstynencja. Wyostrzyła nos, smak a przede wszystkim wzrósł apetyt. Wniosek z tego taki, że jeśli na prawdę chcemy się cieszyć winem, czuć jego pełnię smaku, musimy przytyć aby mieć pretekst to pójścia na dietę.
P.S. Upiłem się już drugim kieliszkiem, to również z ekonomicznego punktu widzenia korzystny efekt.

Podobne wpisy

Brak komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *